W piękny, mroźny, dla niektórych pewnie i dość zanieczyszczony smogiem wieczór, temat nieco rozluźniający, ocieplający i oczyszczający powietrze… Miłość zawsze jest rozgrzewająca, obojętnie jakbyśmy jej nie definiowali i nie pojmowali, zawsze też w pewien sposób oczyszcza aurę wokół nas, no i właśnie… powoduje, że świat wokoło jest piękniejszy, obojętnie jaki by nie był i obojętnie jaka ona – ta miłość – by nie była. 

Po raz chyba tysięczny powtórzę moje zdanie na temat miłości, a mianowicie takie, że najpiękniejszą chyba jej definicją, obejmującą wzór – ideał, do którego wszyscy powinniśmy dążyć – jest ta, zawarta w Liście św. Pawła do Koryntian, a ściślej mówiąc – w Jego Hymnie o miłości. Wszyscy znamy, lubimy, rozpływamy się słysząc go na uroczystościach ślubnych. Hmmm… ale czy rozumiemy i rzeczywiście dążymy? No tak… z tym bywa gorzej.

Cierpliwość? O Panie… w miłości tak bardzo nam jej brakuje, zrzędzimy, poganiamy, chcemy postawić na swoim za wszelką cenę, często pokątnie gdzieś mamy naszą połowicę, byle by nasze było na wierzchu. Mylę się? Haha, wiedziałem 😉

Łaskawość? O prawo łaski często musimy się bardzo ale to bardzo natrudzić będąc w związku i czerpiąc garściami z miłości. Bredzę? Ups…

Zazdrość? A no właśnie… Ileż to razy, nawet tak właśnie – po złości – zmuszamy drugą osobę do zazdrości, ile razy sami robimy wyrzuty i sceny z powodów chorej lub mniej chorowitej zazdrości, w końcu ile razy zupełnie nieświadomie włączamy lub jesteśmy włącznikami zazdrości zupełnie przez przypadek, zupełnie z czapy. Czasem bywa, co?

Szukanie poklasku? Znów nadepnę niektórym na odcisk mówiąc w tym miejscu o licytacjach która gdzie „ze swoim”  była, która jadła droższą kolację, który jest bardziej romantyczny, którzy zbiorą więcej lajków i serduszek et cetera, et cetera… Takie czasy, ja wiem 😉

Unoszenie się pychą? My? No skądże znowu…

Gniewem? A przestańcie…

Szukanie swego? No co za brednie po raz kolejny… Wszakże żyjemy wtedy tylko i wyłącznie dla drugiej osoby i nie realizujemy, broń Boże żadnych swoich interesików kosztem jej, nigdy! Never! Przenigdy!

Pamiętanie złego? A któż by tam wyrzucał jakieś drobne potknięcia? Prawda?

Cieszenie się niesprawiedliwością? A skąd… wyłącznie cieszyć się prawdą. Zawsze i wszędzie, choćby nie wiadomo co się działo.

Znoszenie wszystkiego? Oczywiście, wszystkiego.

Wierzenie wszystkiemu? Głupie pytanie, co nie?

Bez względu na wszystko pokładanie nadziei? A jakże by inaczej…

Wszystko przetrzymać i nigdy nie ustać w miłości – to zostawmy bez cienia ironii i pozostawmy jako życzenie. Dla każdego – dla mnie, dla Was, dla Ciebie. Oby tak właśnie było. Oby zawsze móc podnieść się, otrzepać i iść dalej. Jeśli zachowane są punkty poprzednie i choćby zdrowa równowaga przy ich realizacji – ostatni punkt zrealizujemy bez problemu. Nie chodzi o to, by bez względu na wszystko, zawsze, w każdych okolicznościach mieć przysłowiowe „klapki na oczach” i znosić każdy „krzyż”, jaki rzuca nam, często z wielkim rozmachem ta „moja” czy „mój” ale żeby choć w kilkunastu, choć w kilkudziesięciu procentach realizować taką; najbardziej rozgległą, wymowną i chyba tym samym najprawdziwszą definicję miłości. Ten Święty Paweł to miał łeb 😉

W tym miejscu od wzniosłej definicji i rozpływania się przy płomieniu tych przepięknych słów przechodzimy do zimna i smogu dnia powszedniego – tak jak z każdego wesela w końcu trzeba wrócić, wyprać koszulę, skarpety, sukienkę i wskoczyć w domowy dres.

W tym domowym dresie, w miłości, zwłaszcza w czasach dzisiejszych, czasach rywalizacji i ciągłego czegoś testowania wkradają się nam w miłość pewne chochliki, takie tam stworki, które nieco mącą i czasem nawet nieźle potrafią zatruć nam życie – zupełnie jak ten smog, bohater ostatnich tygodni i wróg numer 1. w wielu miastach i miasteczkach naszej pięknej Ojczyzny.

I znów… tak jak sami ten smog tworzymy, tak samo tworzymy i te nasze chochliki. Tworzymy. a często, Bóg wie po co, wciąż hodujemy i dokarmiamy. Testujemy naszych partnerów. Od wytrzymałości fizycznej, aż po psychiczną. Od stopnia zaangażowania, aż do stopnia zazdrości. Od polityki finansowej aż po prorodzinną albo na odwrót  i tak dalej i tak dalej…

Po co?

Brakuje nam dowodów na miłość?

Wciąż chcemy nowych?

Sprawdzamy ile warta jest ta miłość? Ile może znieść?

Nawet niekoniecznie, choć pewnie niektórzy tak…

Czasem to jakoś samo tak wychodzi… Robimy coś tylko po to, żeby dopiec, samemu poczuć się lepiej i obserwować… Jak pójdzie po naszej myśli – sami możemy przybić sobie piątkę, jeśli nie… skulić ogon, wejść pod stół i skomleć o wybaczenie. No tak… albo odejść z godnością i podniesionym czołem…

… żeby wkrótce potem ryczeć i zajadać się czekoladą bądź kląć i popijać piwskiem tudzież innymi smakowitymi trunkami, nad tym, jakimi to jesteśmy durniami i jak mogliśmy to schrzanić. No nie jest tak?

Dlatego… następnym razem – jeśli taki genialny plan strzeli Ci do głowy – zamiast zbić sobie piątala po pomyślnym jego wykonaniu – daj sobie po łapach i ochłoń. Może wymyślisz coś bardziej genialnego 😉

Testem na miłość jest po prostu… zwyczajne życie… bo miłość odkrywa się właśnie poprzez nie. Na wycieczkach, imprezach, zdjęciach, eventach i innych tego typu bajerach przeważnie będzie fajnie i pięknie. Pytanie tylko, czy to, co na zdjęciu z wakacji, przy szwedzkim stole, czy w najbardziej romantycznym zakątku na ziemi, przełoży się na ten dres i gorzką herbatę w domu, w zwyczajny, taki jak ten dzisiaj dzień.

Wszystkiego najlepszego! 😉 Komentujcie i polecajcie, jeśli uznacie, że warto 😉

Blog na facebooku – polub, by być na bieżąco

  • hellokitty

    ja wspomniałabym jeszcze o jakże znanej regułce ślubnej: ja…biorę ciebie…za żonę/męża i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską(…). O ile z definiowaniem miłości i wierności nikt nie ma problemu, to już gorzej jest z tą uczciwością małżeńską, nie sądzisz? Czekam na tekst o tej tematyce, pozdrawiam :)

    • http://www.oczymakury.pl Rafał_oczymakury.pl

      dobre to jest! Jakby tak jeszcze mieć przykłady… 😉