Wybaczcie kolejną dłuższą przerwę ale spowodowana ona była sprawami osobistymi, zaraz wyjaśnię szerzej co mam na myśli i zarazem przejdę do rzeczy.

W poprzednim wpisie, który pobił chyba wszelkie rekordy tego bloga od początku jego istnienia na jakiejkolwiek platformie, czyli od 2010 roku, zastanawialiśmy się nad potrzebą i pragnieniem miłości wśród cierpiących i umierających w hospicjach, szpitalach, domach opieki, także wśród zwyczajnych ludzi, żyjących obok nas, naszych sąsiadów, znajomych, Pań z mięsnego i rybnego, Panów cieciów, taksówkarzy i strażników miejskich. Oni wszyscy pragną być kochani, a u progu przejścia do tego drugiego wymiaru potrzebują tego najbardziej na świecie i nic i nikt nie jest im w stanie wówczas tego zastąpić. To było ostatnio.

Napisałem, że odwiedzam w hospicjum moją mamę. Już nie odwiedzam. Mama zmarła 26 listopada po 14. miesiącach od wykrycia raka trzonu macicy, po przebytej operacji i radio-chemioterapii. Skurwiel był zbyt złośliwy i nie dał za wygraną choć wiosną powoli chcieliśmy świętować zwycięstwo.

Mimo tej śmierci jestem szczęśliwy, może i szczęśliwy jak nigdy przedtem, a na pewno nie jak w ciągu tych 14 ostatnich miesięcy. Brzmi to strasznie, wiem, ale znów będę musiał to wyjaśniać i zaraz to naturalnie uczynię…

Oprócz miłości w hospicjum, tego całego piękna jest jedna przerażająca sprawa. Telefon stamtąd. I tego telefonu przez ostatnie kilka miesięcy bałem się chyba jak niczego innego nigdy. Bałem się go już u progu walki z chorobą, po operacji, potem w czasie chemii, potem w czasie pobytów w szpitalu na wzmacniających kroplówach, aż wreszcie tego cholernego dzwonka z hospicjum.

Szpitale i hospicja nie dzwonią jak jest dobrze, nie dzwonią nawet zazwyczaj jak jest źle. Dzwonią po to, żeby poinformować Cię, że przegrałeś, że to nieodwracalny koniec, że nie musisz już po drodze kupować wody czy wafli ryżowych ale masz wyłącznie przyjechać, żeby odebrać kartę zgonu i wybrać firmę pogrzebową.

Szczęśliwy jestem bo ten telefon mnie nie zaskoczył, zupełnie. Mama odeszła w sposób najbardziej jeśli tak można powiedzieć – przeze mnie oczekiwany.

Po pierwsze – nie widziałem jej dzień przed – nie żałuję. Była tak słaba, że nie dała rady mówić, z całą pewnością gasła i wiadomo było, że to już nie jest kolejny zakręt ale poślizg, z którego nie ma powrotu na drogę.

Po drugie – odeszła nad ranem, więc nawet gdybym był dzień przed – i tak nie byłoby mnie w momencie śmierci bo najpewniej wieczorem pojechałbym jak zwykle do domu i kolejną wycieczkę planowałbym na ok 10-11 dnia następnego.

Po trzecie – nie odeszła w tej chorobie nagle. Wtedy już nie baliśmy się śmierci. Ani Ona, ani ja, ani ktokolwiek inny, jedyne co to to, że nie powiedzieliśmy sobie tego głośno, choć każdy na dobrą sprawę o tym wiedział.

Po czwarte – nie odebrałem tego telefonu. Wracałem akurat z Lublina do rodzinnego domu i zadzwonili do mnie w trakcie jazdy. Spojrzałem tylko na numer, którego celowo nie zapisywałem w telefonie, zjechałem na najbliższej stacji benzynowej, wszedłem na stronę hospicjum, żeby potwierdzić, że to Oni, potwierdziłem numer i już wiedziałem. Zadzwoniłem tylko do wujka, brata mamy i potwierdziłem po dwukroć. Spaliłem dwa papierosy, wsiadłem w samochód i pojechałem do kościoła, w którym pracuje.

Pojechałem tam nie, żeby coś tam, po prostu wiozłem z Lublina różne graty potrzebne w parafii, akurat trafiłem na msze, a idac w kierunku kościoła z głośników rozlegała się Ewangelia z fragmentem „Czuwajcie i módlcie się w każdym czasie, abyście mogli uniknąć wszystkiego i stanąć przed Synem człowieczym”. Przypadek? Może i tak.

Wszedłem, normalnie nie oparłbym się i pobiegłbym na chór dokończyć mszę już z organami ale nie szedłem, usiadłem w ławce, oprócz mnie w kościele były 2 czy 3 osoby i ksiądz. Po mszy powiedziałem księdzu o mamie, poprosiłem o wygłoszenie homilii na pogrzebie i wyspowiadałem się. Tak, u swojego przełożonego i nie dlatego, żeby coś sobie czy Jemu udowodnić ale żeby rzeczywiście przeżyć głęboką spowiedź i taką też przeżyłem, wiedziałem, że gdzie, jak gdzie, u kogo, jak u kogo, ale u Niego taką przeżyję. Dziękuję!

A potem zaczął się wir przygotowań- nekrologi, ubranie, grabarz, ksiądz, terminy, trumna itd itd. Przeżyłem bez skazy. W niedzielę normalnie chciałem pracować, normalnie się trochę nie udało bo w nocy przespałem może godzinę, a może i nie, w dodatku słyszałem ludzi szemrających jak to ja źle dziś wyglądam z ławek. W przypadku takiego zmęczenia wyostrza się ponoć słuch i jednak to prawda.

Wracałem do domu pod wieczór, na dworze rozpętała się straszna śnieżyca, chciałem nawet, żeby ktoś mnie odwiózł i żeby drugi kierowca zabrał tego odwożącego, tak strasznie byłem zmęczony – nie mogłem jednak znaleźć dwóch na raz nawet z jednego domu, wyjechałem na ulicę i nie zgadniecie co się stało. Śnieg momentalnie przestał padać i zrobiło się przejrzyście. Przypadek?

W poniedziałek załatwiłem sprawy urzędowe, wieczorem pożegnaliśmy mamę modlitwą i ciszą w domu pogrzebowym. Po powrocie do domu zacząłem go sprzątać i sprzątałem tak, że ok północy ledwo wszedłem ze zmęczenia pod prysznic i ledwo doszedłem do łóżka ale przetrwałem.

No i nadszedł wtorek. Dzień pogrzebu. Wielu osobom plany pokrzyżowała pogoda bo jak na złość padał śnieg, było cholernie ślisko i zimno. Pogrzeb mimo to był najbardziej wymowny, jak tylko mógł być. Pieśni, modlitwy, rozszerzona Modlitwa Eucharystyczna – o to właśnie chodzi w pożegnaniu bliskich w wierze katolickiej. O modlitwę! Nie o pytania o to, w co ktoś był ubrany, jaki miał różaniec czy jaki obrazek. Chodzi o to, by się modlić! Choćby i z tego powodu zdecydowałem, a właściwie zrobiła to jeszcze mama, że nie chce zbyt wielu kwiatów, a jeśli już to niech będą one naturalne – jeśli ktoś chce coś ofiarować, to niech zamiast tego plastiku dorzuci się do Mszy Gregoriańskiej, czyli 30. Mszy Świętych przez cały miesiąc. I udało się taki prezent mamie ofiarować. Zebraliśmy prawie tyle, ile potrzeba a mój proboszcz i tak zapewnił, że nie potrzeba dokładać, że to wystarczy.

Idąc na cmentarz pogoda była jak przez cały dzień, po wpuszczeniu trumny do grobu zaczęło tak niemiłosiernie sypać, jak gdyby Ktoś chciał nam powiedzieć „idźcie już stąd” i rzeczywiście musieliśmy iść bo tego śniegu nie dało się znieść. Najtrudniejszym wtedy momentem było chyba przyjmowanie wyrazów współczucia i kondolencji, nie wiem dlaczego to tak trudne i nie wiem dlaczego ale to ja pocieszałem tych, którzy płakali i prosiłem o to, by tego nie robili. Kolejny raz dałem radę.

Wieczorem zrobiliśmy sobie z moimi najbliższymi przyjaciółmi wycieczkę po mojej okolicy, nigdy wcześniej w większości tam nie byli, a sam wieczór i noc spędziliśmy w zaprzyjaźnionym hotelu, który z resztą każdemu mogę polecić. Zaszyliśmy się tam i ogromnie się z tego powodu cieszę. Dzięki przyjaciołom to wszystko przetrwałem, właśnie dzięki temu, że na mojej drodze postawił mi akurat takich ludzi. Owszem… zawodnych i niedoskonałych, jak każdy z nas ale najwspanialszych w swojej niedoskonałości i najbardziej kochanych, choć czasem różnie między nami bywało. I wiem, że nie było to tylko klepanie po plecach,  żeby nie było mi smutno ale rzeczywista więź. I tego i Wam  życzę. Właśnie takich ludzi na swoich życiowych drogach. I kolejny raz sądzę, że to nie przypadek, że los, Opatrzność czy zwykły zbieg okoliczności postawił na mojej właśnie Ich. Tych najwspanialszych.

Wszyscy z resztą dookoła mnie zdali ten egzamin na szóstkę z plusem. Rodzina, przyjaciele, sąsiedzi, znajomi i nieznajomi, księża, każdy. Było dokładnie tak, jak sam chciałem i jak wiedziałem, że i Ona by chciała. Żartowaliśmy z resztą, że trochę z tego pogrzebu wyszło wesele bo po 26. latach od tragicznej śmierci taty, w 26. roku mojego życia nie wytrzymał i porwał swoją żonę do siebie na wielkie wesele. Mama z resztą prosiła mnie, żebym mocno nie rozpaczał i żył zupełnie normalnie. I udało się, przynajmniej na razie ale i z nadzieją na przyszłość.

W środę w parafii, w której pracuje miała miejsce Msza od parafii – pojechaliśmy na nią z rodziną i przyjaciółmi. Najwyklejsza w świecie msza, a jednocześnie najbardziej wzniosła w swojej prostocie. Nie dałem rady grać, za bardzo odczuwałem zmęczenie i przejęcie, poprosiłem więc kolegę organistę, by zrobił to za mnie. Ja wydukałem, z resztą myląc się przez drżenie rąk pieśń na zakończenie – „Zapada zmrok” z wersem „…i Tym, co dziś zasną po raz ostatni Maryjo daj szczęśliwą, dobrą noc” i ostatnią zwrotką:

„Zasypia świat, piosenką kołysany, odpłynął dzień, by jutro wrócić znów, uśmiecham się do Ciebie na dobranoc, zwiastunko moich najpiękniejszych snów”

I wracając z owej mszy przytrafiła mi się dziwna historia, po której, następnego dnia rano z wysokim ciśnieniem, stanem podgorączkowym i w stanie skrajnego przemęczenia organizmu trafiłem do szpitala, gdzie spędziłem kolejnych 15. dni. Przez hospitalizację nie było mnie choćby na rekolekcjach ale tłumaczę to sobie tym, że ta cała hospitalizacja, ba, nawet te 14 miesięcy były dla mnie rekolekcjami całego życia. Resetem, dojrzeniem, spojrzeniem na życie z perspektywy dojrzałego człowieka. Udało się w ciągu tych 14 miesięcy choćby otwierać drzwi, które były zamknięte u wszelkiej maści specjalistów lekarzy, udało się pokonać nieśmiałość, wreszcie czas mojego szpitala przekonał niektórych członków mojej rodziny, którzy zostali na tej ziemi, że otaczam się jednak wspaniałymi ludźmi, nie, jak to nie raz słyszałem nieudacznikami. Bo i w czasie hospitalizacji wszyscy zdali egzamin z pomocy bliźniemu na 100 procent i nikt nie zawiódł. I znów przekonany jestem, że nie z litości, a z potrzeby serca, ze zwykłego człowieczeństwa w pełnym tego słowa znaczeniu.

Do domu wyszedłem w piątek, czuję się z dnia na dzień coraz lepiej i coraz bardziej dochodzi do mnie, że ani te 14 miesięcy, ani to co się stało po nich i w ich trakcie nie było przypadkiem i dało ogromną lekcję, którą dzisiaj postanowiłem podzielić się i z Wami. Bądźcie ludźmi, po prostu, uśmiechnijcie się do drugiego człowieka, pogódźcie się z tymi, z którymi coś Was dzieli, przebaczcie tym, którzy na to czekają, do wigilijej wieczerzy, która za kilka dni, zasiądźcie z czystymi, ludzkimi sercami. Mógłbym namawiać Was i do głębokiej spowiedzi ale to sprawa indywidualna i zależna od Waszych poglądów.

R. Brett, na którą powoływałem się w poprzednim wpisie napisała przewspaniałą książkę pt. „Bóg nigdy nie mruga”, dodając przy tym, że nie może, bo musi wszystko widzieć i wiedzieć, a Jego mrugnięcie spowodowałoby wszelakie klęski na tym świecie. Ja dziś śmiem polemizować z tym tytułem i tym stwierdzeniem dodając właśnie to, że czasem Pan Bóg chce nam puścić oko, by otworzyć nasze oczy. I robi to niezależnie od tego jak go nazywasz, czy Bogiem Wszechmogącym, Bogiem Jehową, Stróżem Poranka, Allahem, Jahwe, przypadkiem czy głupim losem. Otwórz więc oczy. Chociaż trochę.

Blog na facebooku – polub, by być na bieżąco