Powróciłem. Po dłuższej przerwie – Oto jestem. Kilka kilogramów lżejszy ale za to wzmocniony 😉 Jako, że niektórym mocno się spieszy a i czekali długo bo premierę obiecywałem już jakiś czas temu – przejdźmy do rzeczy o rzeczy.

Tytuł może i przewrotny ale równie przewrotne jest nasze życie i podejście doń. Tak naprawdę nie doceniamy go, marnujemy na nic nie znaczące i rujnujące je pierdoły. Nie śpimy po nocach wypijając hektolitry kaw i energetyków żeby mieć więcej na koncie, zabijamy się o rzeczy w ostatecznym rozrachunku nieistotne i brniemy w zaułkach tego wszystkiego tak naprawdę po nic. Dlaczego po nic? Już wyjaśniam.

Tak się złożyło, że od kilku ładnych tygodni jestem niemal codziennie w hospicjum. Czym jest hospicjum chyba nie muszę wyjaśniać ale wiecie co? Dla pewności to zrobię i od tego zaczniemy. Pewnie według większości z Was, to miejsce, w którym leży się tylko i czeka na śmierć. Rzeczywiście… bywa i tak. W ogromnej większości tak bywa. Śmierć jest tam nikomu nieobca. Paradoksalnie śmierć tam żyje można by rzec. Mnie już też jest nieobca.

W hospicjum bywam niemal codziennie tam z powodu odwiedzin najbliższej mi osoby. Nie będę się rozpisywał bo nie chcę klepania po ramieniu i mówienia banałów o dzielności i „będziedobrzeżenia”, czasem wręcz mnie to irytuje. Jeśli chcecie możecie się pomodlić o cud uzdrowienia. Jeśli chcecie i wierzycie. Nic więcej nie chcę. Poza tym nie piszę tu żeby się chwalić czy żalić, więc na powodzie moich odwiedzin tam się nie skupiajmy.

Rzeczywiście… ludzie tam nie pałają jakąś wielką energią, nikt zdrowy wszak tam nie trafia. Nie jest to sanatorium. Ale do diabła! Nie są to wyłącznie „żywe trupy”! I chcę Wam to bardzo dobitnie uświadomić! Serio! Nigdy tak nie myślcie!

W ubiegłym roku robiliśmy tu na blogu i za pomocą zdjęć, a także przelewów, akcję #sprezentujusmiech dla pacjentów lubelskiego hospicjum Małego Księcia i hospicjum św. Ojca Pio w Pucku, którego założycielem i szefem był +śp., a wierzę, że już i święty od życia na pełnej petardzie ks. Jan Kaczkowski. Przyznam się Wam, że w porównaniu z dziś – wtedy guzik wiedziałem na temat hospicjów i dziś tak naprawdę zastanawiam się czy te nasze zdjęcia i życzenia w czymkolwiek mogły pomóc, czy pacjenci akurat wtedy byli „kontaktowi” i czy rzeczywiście choć na jednej twarzy pojawił się uśmiech spoglądając na te zdjęcia. Prawdopodobnie już nigdy się tego nie dowiemy. Możemy jednak – o co proszę dziś już drugi raz – pomodlić się i za tych, którzy może i je widzieli a dzisiaj są już po drugiej stronie i w te święta może to Oni się do nas stamtąd dzięki tej modlitwie uśmiechną. Kto wie…

Czym jest więc hospicjum? Jest naprawdę wspaniałym miejscem. Wbrew pozorom nie jest wcale miejsce przerażające dla przeciętnego zjadacza chleba, który jest choć w miarę emocjonalnie silny. Słaby człowiek rzeczywiście może mieć problemy idąc przez korytarz i zaglądając do otwartych sal (przynajmniej tak to wygląda w hospicjum, do którego przyjeżdżam). Rzadko na twarzach pacjentów zobaczy uśmiech. Częściej będzie to wzrok wpatrzony w dal albo po prostu przeróżnie śpiących ludzi. Oddychających miarowo lub nie, lekko lub ciężko, z pomocą tlenu lub bez niego. Zobaczy za to uśmiechnięty personel i wolontariuszy. Śmieją się z pacjentów? Nie… uśmiechają się do nich, śmieją się jedynie ze straszności śmierci.

Hospicjum to miejsce, gdzie naprawdę widać pomoc. Jedną z pacjentek a i byłą współlokatorką mojej pacjentki jest Pani Halinka. Nie uwierzycie pewnie – Pani Halinka jest pacjentką hospicjum od uwaga: 11 LAT! Niesamowite, co? I żyje. Przeszła w życiu wiele chorób, przeżyła jeśli dobrze pamiętam dwa nowotwory i po dziś dzień ma się całkiem nieźle. Trzy razy dziennie nawet, w zależności od sił witalnych idzie lub jedzie wózkiem, który nazywa jednoosobowym kabrioletem do łazienki na 1/3 papieroska palonego przez lufkę kojarzącą przeważnie ludziom w moim wieku z nieklonowym, zielonym, lecz już suchym liściem.

Pani Halinka to dobra kobieta. Wulkan energii, jeśli tylko ma lepszy dzień. Wkurza ją na przykład powolność ściekania kroplówki i sama ją reguluje kiedy po obiedzie trzeba zapalić a to badziewie jeszcze cieknie. Wszyscy ją tam znają, lubią, cenią i są jej w pewien sposób posłuszni. Nawet lekarze! To ich rekordzistka i zarazem jedna z pierwszych pacjentek.

Przyzwyczailiśmy się do myślenia stereotypowego – to znaczy, że jest to miejsce, gdzie da się tylko wejść, wyjście jest już tylko z zamkniętymi oczami i do karawanu. A zaskoczę Was! Guzik prawda! Przynajmniej tam, gdzie dane (bo to nie jest kara) jest mi bywać. Jest tam kilka przypadków osób z zaawansowanymi nieuleczalnymi chorobami, którzy byli już nawet w takich stanach, że nie poznawali bliskich. A hospicjum ich nie zabiło, a wręcz przeciwnie, tak wzmocniło, że dziś wcale nie potrzebują być w jego stacjonarnym wymiarze, wystarczają domowe wizyty i kolejne recepty na trafione leki. Cud? Może i tak. Bo cuda naprawdę się dzieją. Wbrew temu czy wierzymy w nie, czy nie.

To wszystko mówię Wam, żeby pokazać, że hospicjum to miejsce leczenia, taka trochę interna. Nie zaś tylko zaleczania objawów. Rzeczywiście… najważniejszą misją jest to, żeby odchodzić z godnością, bez bólu, w spokoju, mogąc przemyśleć sprawy nurtujące, podsumować w pewien sposób życie, a dodatkowo, żeby w tym wszystkim nie zwijać się z bólu, pluć krwią czy mieć jakiekolwiek inne niekonieczne wcale objawy. Ale to nie tylko to! To miejsce podawania na przykład żywienia pozajelitowego, a więc schabowego z żurkiem z kroplówki pacjentom, którzy z rozmaitych przyczyn nie mogą przyjmować pokarmu lub przyjmują go za mało drogą tradycyjną (tak jest na przykład  w moim najdroższym przypadku), żywienia dojelitowego czy po prostu podnoszenia pewnych wskaźników, które spadają a określa się je normalnymi wynikami badań krwi, moczu, czy tego trzeciego, którego Wam oszczędzę bo może akurat jecie a macie wrażliwość i wyobraźnię.

Rzeczywiście… nie ma tam miejsca na leczenie choroby dla jej wyleczenia – np leczenie nowotworu. Tym zajmują się onkolodzy na oddziałach onkologicznych. To miejsce, gdzie trafiają Ci, dla których onkologia wyczerpała swoje możliwości lub są tak wycieńczeni chorobą, że ta możliwość zamyka się właśnie przez stan ogólny. Chemia, radioterapia, czy operacja byłyby wręcz eutanazją dla kogoś takiego. Można jednak właśnie w takim przypadku i z hospicjum, jeśli wzmocnienie się powiedzie, wrócić do leczenia u onkologów. Wówczas, jeśli rzeczywiście stanie się ono możliwe, a nie bezcelowe czy bezsensowne. To nie miejsce tylko rzeczy ostatecznych! Zapisz, zanotuj!

Niebanalną rolę odgrywa jednak co innego. A jest to?

.

.

.

A T M O S F E R A !!!!

I tu przechodzimy do najważniejszego sedna dzisiejszego wpisu. Do rzeczy najważniejszej o rzeczy najważniejszej właśnie. Wiecie z czego najbardziej cieszą się osoby przebywające w hospicjum i będące jednak w przewadze  u kresu życia? Cieszą się z obecności tych, którzy ich kochają i których kochają oni. Nie ma nic cenniejszego. Nic ważniejszego i nic bardziej podnoszącego na duchu niż to, że są. Nie ważne jak, po prostu, że są.

Ostatecznie liczy się tylko to, że kochałeś… – R. Brett

Możemy pieprzyć, że najważniejsza w życiu jest kariera, pieniądze, sława, loga drogich marek na wszystkim co tylko mamy na sobie, w domu czy garażu. Wiecie co? Gówno prawda. Te wszystkie loga z garaży, domów, torebek, kurtek czy perfum można sobie wsadzić w dupę! Najważniejsza w życiu jest M I Ł O Ś Ć. Na łożu śmierci niczego bardziej nie będziemy potrzebowali.

Może nawet nie chodzi o konkretną obecność tych, których kochamy czy kochaliśmy w momencie śmierci, bo umieranie to proces a moment śmierci to zaledwie chwila i trudno ją oszacować. Jak mówią pielęgniarki Gdybyśmy wiedziały kto kiedy umrze to nastawiłybyśmy na tę godzinę budzik. Ci, których kochaliśmy i którzy nas kochali mogą też już nie żyć, być daleko czy gdziekolwiek indziej. Przy nas może być choćby nie wiem… sąsiadka, która notorycznie coś pożyczała czy Pani z mięsnego, która zaledwie zna nas z widzenia bo kupowaliśmy droższą wołowinę, którą rzadko kto kupował i jej schodziła. Ważna jest świadomość miłości. Tego, że kochaliśmy i że ktoś nas kochał. W ogóle. Prawdziwie.

W ostatecznym rozrachunku, na ostatniej prostej przed naszym przejściem na drugą stronę liczy się tylko to. Nic więcej. Jeśli przy ludziach tych są małżonkowie, rodzice, dzieci, wnuki…Odwiedzają ich, przytulają, trzymają za rękę, zwilżą usta czy połaskoczą po stopie – czyni to ich i ich śmierć naprawdę szczęśliwymi. Nic bardziej nie może ich uszczęśliwić. Już nic.

W przeciągu prawie sześciu tygodni  już kilka, jeśli nie kilkanaście razy widziałem tam puste łózka, na których jeszcze dzień czy kilka godzin wcześniej ktoś leżał, a przy tych łóżkach ktoś stał czy siedział, żartował czy po prostu milczał i miał rękę w ręku. Nic więcej nie trzeba. To jedne z piękniejszych widoków jakie można sobie wyobrazić. Czas się wtedy zatrzymuje. Serio.

W chwili tej nie pomogą nam pieniądze, odkładane na później plany o rodzinie – bo kasa, hajs i money, samolubność, upartość, kreatywność czy inne cechy wojujące dzisiejszy świat. Nawet weganizm i nietoleranizm laktozy czy glutenu. W czasie tym pomoże nam tylko i wyłącznie miłość i jej świadomość. Jedynie to. Jedynie to będzie niezmiennie trendy, cool i na propsie.

Nikt nie może się obwiniać, że nie zdążył dojechać na moment śmierci czy nie chwycił za żywą rękę. To nieistotne. Istotne jest za to, czy zdążył powiedzieć, że kocha i usłyszeć to samo. Nie odkładajcie tego nigdy na dużo dalszy plan.

Kochaj i pozwól się kochać. I bądź dobry. Tak, żeby po Twojej śmierci choć jedna osoba mogła z serca powiedzieć „to był dobry człowiek”. I nigdy, przenigdy o tym nie zapomnij. #nwzr

Nie wiem czy dobrze to napisałem, może zbyt rzewnie, jeśli tak – przepraszam – nie to było moim celem. Po prostu czasem dobrze jest coś z siebie wyrzucić. Mam jednak nadzieję, że o ile pierwsza część mogła być dla większości nieoczywista, druga była oczywista i bez mojego moralizatorskiego tłumaczenia.

Jeszcze raz proszę o nieumacnianie mnie w przekonaniu, że dobry ze mnie odwiedzający – okej, przyznam bo wcale się tego nie wstydzę – dobry syn. Nie jest mi to naprawdę potrzebne. Sam syn wystarczy. I jeszcze raz proszę o modlitwę, jeśli czujecie taką potrzebę. A jeśli uważacie ten tekst za naprawdę godny udostępnienia – zróbcie to. Niech i inni wiedzą. Może nie dla wszystkich to takie oczywiste. Kiedyś mam nadzieję poszerzyć te myśli w książce ale to kiedyś i na pewno nie napiszę jej bez Was tylko po to, żeby postawić ją sobie dla lechtania ego. Częściowy dochód przekaże hospicjom. To mogę obiecać. I to będzie nasze wspólne #sprezentujusmiech z zeszłego roku. Ale to kiedyś, o ile w ogóle.

A tak na bonus i jako ciekawostkę: to dlatego właśnie jakiś czas temu na fanpage’u bloga umieściłem jako „zagajke” do tego wpisu najlepszą z możliwych chyba jakie powstały reklam ever w Polsce. Przynajmniej moim zdaniem:

Rozumiecie?

Do następnego!

Polub blog na facebooku by być na bieżąco >>KLIK<<