Ostatnio na głowie miałem kilka spraw, które nie pozwalały mi na spokojnie zasiąść przy komputerowej klawiaturze i sklecić kilku sensownych zdań. Dzisiaj nadrabiam zaległości i od razu przechodzę do rzeczy 😉

Tytuł Was zaskakuje, czy może domyślacie się o czym będzie? Będzie jak zawsze o nas i naszej… głupocie? Hmm… a może właśnie o naszej inteligencji, przebiegłości, intuicji? Przyjrzyjmy się więc.

Tak z obserwacji mniej lub bardziej znanych mi par, które przeżyły większe kryzysy czy rozstania, nasuwają mi się czasem spostrzeżenia. Jednym z takich spostrzeżeń jest takie, że Oni po takim dłuższym, a czasem nawet i niekoniecznie bardzo długim związku nie potrafią się związać z nikim nowym. Tak na poważnie nie potrafią.

Owszem… potrafią się umówić, może nawet i pójść do łóżka czy cokolwiek w podobie ale zanikła im zdolność budownia relacji. Kielnia i zaprawa do wykonania takiej budowli gdzieś przepadła, a życie w przeświadczeniu – często z resztą po prostu w oszukiwaniu samych siebie – że tak jest fajniej i lepiej, stało się codziennością.

Jest fajniej i lepiej? No niekoniecznie…

Kolejne spostrzeżenie, jakie zaobserwowałem to takie, że kontakt z byłymi partnerami wcale się nie urwał, jak to przeważnie bywa. Co więcej… trwa w najlepsze, czasem przeradzając się i w „zabawę” w najlepsze. Oczywiście z tłumaczeniem, że to dla sportu, bez uczuć i emocji. Tak… a ja jestem japońskim czarnoskórym raperem 😉

I najważniejsze… jak ma się jedno do drugiego? A no się ma. Pewnie już sami wiecie albo chociaż domyślacie się jak. Jeśli nie – wytłumaczmy sobie:

Związek rozpada się na dwa „atomy” – mężczyznę i niewiastę. Atomy od czasu do czasu łączy rozmaita siła przyciągania. Nie jest ona jednak tak silna, żeby na powrót połączyć je w całość, czyli związek. Atomy te mają także możliwość – czasem i korzystają z niej – łączenia się z innymi atomami. Tutaj także występuje pewnego rodzaju siła przyciągania, jednak również nie tak trwała, żeby powstał pod jej wpływem jakikolwiek związek niechemiczny. Choć niby chemia jest. Jakakolwiek.

Mówiąc językiem pseudonaukowo chemicznym możemy dodać kolejne spostrzeżenie – atomy te są trujące. W stosunku do siebie, a i do otoczenia. W sposób następujący: trochę zatruwają życie sobie, a często najprościej mówiąc trują dupę swoim bliskim – przyjaciołom, czasem rodzinie, znajomym, etc.

Dlaczego tak jest?

Odpowiedzi nie znam. Oni też często jej nie znają. Nie wiem… Nie mają jaj, żeby przyznać się do tego, kto popełnił błąd? Boją się drugi raz „wejść do tej samej rzeki” kierując się tym podobnymi dyrdymałami. No jeśli przysłowia mają zastępować realne uczucia to czapki z głów… Naprawdę. Serio nie wiem… może brak im odwagi na kolejny raz, może rzeczywiście tak jest „lepiej”, a może „wypłukali się z uczuć” i zostały im jedynie małe farfocelki, które łączą. Ja nie umiem tego zrozumieć. Sorry. Ale obserwować i wnioski wysnuwać chyba mogę. A skoro mogę, to to robię.

Czy są szczęśliwi? Mówią, że tak. Generalnie tak. Czasem  tylko przychodzą samotne wieczory, dni, w których wiedzą, że dawna druga połówka randkuje – ale nie ze mną, chwile słabości i tęsknoty. Poza tym czyste szczęście. Do kwadratu.

Czy tęsknią za byłymi? No jasne, że nie. Jeszcze czego… Gdyby tak było – bylibyśmy przecież razem.

Czy ich uczucia wygasły? No jasne, że tak, głupie pytanie… Gdyby tak nie było – odpowiedź znacie.

Na co więc liczą? Oczywiście, że na nic. Przecież się nie zejdziemy. Dwa razy nie wchodzi się… I tak dalej.

Został więc sentyment. I szczęście oczywiście. Bezkresne. Oczywiście.

Dlaczego tak jest? Ja nie wiem. Nie rozumiem. Rozsądźcie.

Do następnego 😉