To postawiłem pytanie, co? Odpowiedź przecież jest tak banalnie prosta. Na pewno? Sprawdźmy!

Zwykło się mówić i coraz częściej jesteśmy zalewani sloganami w stylu „Tylko Ty sam jesteś kowalem swojego losu”, „jesteś panem swojego życia”, „tylko od Ciebie zależy dokąd dojdziesz” i tak dalej i tak dalej. Nie sposób nie zgodzić się ze wszystkimi tymi łatwo wpadającymi do uszu i głowy frazesami. Ale na litość Boga… są to właśnie tylko frazesy. Pięknie brzmiące słowa, bez pokrycia. Wypowiadane czasem przez ludzi, którzy gówno wiedzą o życiu, czasem „kołczów”, którzy do dorosłości wychowywani byli pod kloszem maminej spódnicy i przy wyłącznym wsparciu  tatusiowych pieniążków, a teraz sypią wiedzą o prawdziwym życiu i prawdziwym sukcesie na który Ty sam i tylko Ty sam możesz zapracować. Nie za darmo oczywiście. To jednak odrębny temat i kiedyś także o tym porozmawiamy.

Życie, po wtóre  – na litość Boga – nie jest czarno białe.  Nie ma jednolitej formy dla każdego z nas. Nie ma jednakowej drogi do sukcesu, a na pewno sukces czy jakkolwiek byśmy nie nazwali osiągania szczęścia w wielu dziedzinach naszej codzienności nie zależy tylko i wyłącznie od nas. No ludzie!

Zaplątani jesteśmy i każdego niemal dnia wplątujemy się na nowo w kolejną siatkę przeróżnych zależności, kontaktów, dojść. Musimy wiedzieć kogo unikać, a do kogo bardziej się uśmiechać, by ten sukces mógł łatwiej lub w ogóle kiedykolwiek nadejść. Zewsząd jesteśmy ograniczani przez różnego rodzaju nakazy, zakazy i tysiące innych form blokad naszej prawdziwej osobowości. Naszemu pokoleniu stety lub niestety przyszło żyć w czasach trudnych, mimo mnogości form ułatwiania sobie wszelkich czynności niezbędnych w normalnym funkcjonowaniu.

To też czasy paradoksu. Mimo setek czy tysięcy znajomych i followersów na facebooku, instagramie czy snapchacie wciąż czujemy się samotni i tak naprawdę nie mamy z kim porozmawiać o tym, co tak bardzo, wewnętrznie nas dręczy. Mimo godziwych zarobków wciąż na coś nam nie wystarcza i czujemy się przez to nieudacznikami. Będąc w  zdawałoby się idealnym związku wciąż czujemy niedosyt patrząc na innych i za czymś tęsknimy. W dwudziestoparostronnicowej karcie w restauracji, nie możemy znaleźć jednego dania, które smakowałoby tak, jak  jakieś kiedyś.

Jakieś przedziwne „coś” wciąż nie pozwala nam być sobą albo to bycie sobą przegania. Rzeczy ważne spychamy na dalszy plan, żyjemy dbając najbardziej o wszystko to, co najmniej istotne. Prawda to? Chyba trochę tak… Hmm?

Zdawałoby się, patrząc tak na to, że w świecie tym łatwo zwariować bo właściwie wszystko jest jakby „po wariacku”. To  też prawda. Może więc stąd właśnie obecne czasy są rekordowe pod względem różnej maści chorób psychicznych, uzależnień, także niestety pod względem pochodzących bezpośrednio lub pośrednio od nich samobójstw. Smutne, co?

A teraz tak szczerze… co myślisz sobie słysząc, że ktoś zachorował na depresje, popadł w jakąś psychozę, czy wreszcie co myślisz o samobójcy, którego znałeś/aś? Szczerze…

Nie poradził sobie z życiem? Sam jest sobie winien? Pewnie nie miał nikogo, kto mógłby mu pomóc? Przegrany? A może i lepiej się stało, że tak się to skończyło? Miał rację… co to było za życie…? 

Nie wierzę, że nigdy, przenigdy tak nie pomyśleliście a jeśli nawet, to, że nie słyszeliście tego z czyichś ust i nie stanęliście mimo to w kontrze do takich przekonań, skoro Wasze były inne.

Najlepiej jest zwalić winę na wszystkich innych, cały świat wokół siebie. Na samobójcę – bo już się nie obroni. Na jego bliskich – bo pewnie coś schrzanili. Na chorego – bo sobie nie poradził. Na jego bliskich – bo niewystarczająco wspierali i zwariowało mu się. To najlepiej. Bo nas to w ogóle, ale to w ogóle nie dotyczy. Pewnie i nie będzie dotyczyło. No skąd… Jak? Przecież ja to jestem normalny/a i mam normalnych znajomych. A jakże!

A teraz cofnijmy się do początku, właściwie do samego tytułu i znów pomyślmy:

Ile razy skłamaliśmy komuś, że nie mamy czasu, że jesteśmy zajęci byleby wykpić się ze spotkania, choćby takiego na pół godziny? Ile razy mieliśmy kogoś dość myśląc czy mówiąc: „czego On/Ona znowu chce? Znajomych nie ma?” A może i byliśmy mniej dyskretni i prosto z mostu walnęliśmy raz, czy drugi, że mamy kogoś głęboko w dupie razem z jego „wymyślonymi” problemami i udrękami i że mamy swoje życie, którego nie będziemy poświęcać dla głupot.

Zdarzało się? Czyżby?

A potem kolejne zdziwienia z czyichś chorób, depresji, lęków, kolejne nazywanie kogoś mięczakiem, dziwakiem i zupełnie nieprzystosowanym do życia postrzeleńcem, potem może kolejny pogrzeb, a dalej kolejne „mam to gdzieś”.

Zasłyszałem gdzieś kiedyś historię młodego, dobrze sytuowanego dwudziestoparoletniego chłopaka, który ilekroć usłyszał o kimś, kogo znał, a o kim dowiedział się, że leczy się psychiatrycznie wykpiwał go do niemal każdego wspólnego znajomego mówiąc o nim, jaki to z niego cienias i frajer. Jak można być takim słabeuszem? Jak??? Samobójstwo również było frajerstwem i chyba najwyższą formą bycia lamusem. Takim kompletnym, w sensie całego życia. No tak… w końcu życia już nie ma, więc jak inaczej?

Pewnego razu jego rodzina – rodzice i rodzeństwo ulegli wypadkowi samochodowemu. Ojciec i siostra zginęli na miejscu, matka po kilku dniach zmarła w szpitalu. Chłopak akurat był na jakiejś imprezie i nie pojechał z nimi – po zwyczajne zakupy. Chleb, płatki, mydło w płynie i inne duperele. I co?

Owszem… odziedziczył majątek, całkiem spory. Pieniądze, dom, drugi samochód, biżuterię, chwilę nawet się tym cieszył.

A potem przyszła samotność, tęsknota, niebywały ból i pustka, potem pierwsza próba samobójcza, szpital, ostre leki, mała stabilizacja, druga próba, szpital, leki, znajomi bali się go odwiedzać bo zupełnie go nie poznawali – stał się zupełnie innym człowiekiem, mała stabilizacja, wyjście do domu, zamieszkanie z dziadkami, w końcu trzecia próba – skok pod pociąg – utrata nóg i paraliż lewej strony całego ciała. I do końca życia szpital, łóżko i życie jakieś takie… mało barwne, co?

Ok, jedno do drugiego nic nie ma bo pewnie rodzice i siostra nie zginęli dlatego, że śmiał się z innych, pewnie też dlatego sam nie zachorował ale nikt z nas, tak jak i On nie wie co czeka go za dzień, kilka dni, miesięcy czy lat. I nikt nie ma prawa wydawać tak daleko idących wyroków o innych, nawet jeśli rzeczywiście są słabi psychicznie i nie jest to dla nikogo tajemnicą. Ta słabość psychiczna niekoniecznie jest wynikiem genetyki, słabego organizmu czy ich własnego wymysłu. Ta słabość może być efektem obcowania właśnie z takimi – nam podobnymi, którzy tylko wymagali, nie chcieli w niczym pomóc, ciągle krytykowali, wyśmiewali i koniec końców mieli za nic. Zarówno bliscy i dalecy. Partnerzy, rodzina, przyjaciele, koledzy, znajomi, sąsiedzi.

Wszyscy po równo jesteśmy w jakiś sposób odpowiedzialni za istnienie. Nie tylko swoje istnienie ale masę innych istnień. W jakiejś mierze tak. Zawsze. Bo zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie przy nas, wśród nas, czy nawet może dla nas żył.

Warto więc częściej spoglądać dalej, niż na czubek własnego nosa i parę centymetrów przed nim.  Warto dostrzegać innych, uśmiechnąć się zamiast zawarczeć, pomóc zamiast krytykować, rozumieć zamiast przekreślać. Świat i jego „dziwność” zależy tylko od nas, nasze życie także po części zależy od postaw innych wobec nas. Nigdy o tym nie zapominajmy.

A o depresji szerzej jeszcze sobie porozmawiamy, jeśli chcecie. Chcecie?